Social Icons

niedziela, 8 marca 2015

Kwestia praw kobiet wolnościowym okiem

Dziś Dzień Kobiet, a zatem świetna okazja aby poruszyć sprawę praw kobiet, równouprawnienia, wszystkich pozytywnych zmian dokonanych na przestrzeni wieków, jak i absurdów i mitów, które niestety jak zwykle musiały wystąpić w przemianach politycznych. Oraz co powinno, a czego nie powinno się zmieniać w przyszłości.

Libertarianizm a sprawa kobieca

Libertarianizm, a więc najbardziej konsekwentny wolnościowy pogląd, do którego odwoływałem się wielokrotnie na blogu załatwia sprawę bardzo prosto. Kobieta tak samo jak każdy inny człowiek ma prawo do swobodnego dysponowania własną osobą (aksjomat samoposiadania) oraz podejmowania wszelkiego działania o ile nie stanowi to krzywdzenia innych ludzi (aksjomat nieagresji). Na tym właściwie mógłbym zakończyć, jednak takie ogólnikowe ujęcie sprawy pewnie nie usatysfakcjonowałoby żadnego czytelnika (tym bardziej czytelniczki) więc wypadałoby omówić tę kwestię z uwzględnieniem różnych dziedzin życia.

Równość wobec prawa
Trudno mówić o równouprawnieniu w sytuacji kiedy jakakolwiek grupa jest dyskryminowana, jak również gdy jest uprzywilejowana. Nie istnieje coś takiego jak "pozytywna dyskryminacja" co coraz częściej jest proponowane przez współczesną lewicę. Dyskryminacja to zawsze dyskryminacja. W dodatku uprzywilejowywanie danej grupy przez państwo w ramach "wyrównania szans", "pozytywnej dyskryminacji" i tym podobne określenia nie tylko jest formą dyskryminacji, ale także na dłuższą metę przynosi szkodę uprzywilejowanej grupie.

Kilka przykładów dotyczących kobiet:
  • Parytety na szwedzkich uczelniach - prawdziwy rekord świata w dziedzinie osiągania efektu odwrotnego od zamierzonego. Parytet płci 50/50 miał spowodować "wyrównanie" szans dla kobiet na zdobycie wykształcenia. Tymczasem w efekcie nawet 95% dobrze rokujących uczennic nie dostało się na wymarzone studia (głównie w takich dziedzinach jak psychologia, medycyna, pielęgniarstwo, położnictwo) ponieważ po prostu uczelnie wyczerpały limit 50% kobiet i ich miejsce zajęli mężczyźni z gorszymi wynikami w nauce. Na szczęście szwedzkie ministerstwo nauki i szkolnictwa wyższego wycofało się z tego bzdurnego pomysłu w 2010 roku
  • W Norwegii wprowadzono obowiązkowe parytety (40%) dla kobiet w zarządach spółek prywatnych pod groźbą likwidacji. W efekcie doprowadziło do powstania tzw. "kasty złotych spódniczek", a więc jedna kobieta zasiadała w kilku zarządach jednocześnie blokując miejsca innym
  • W 2011 roku wskutek orzeczenia Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości za dyskryminację zostało uznane branie pod uwagę płci jako jednego z parametrów przy obliczaniu stawek ubezpieczeniowych. Wyrok ten został przyjęty z zadowoleniem przez środowiska feministyczne. Regulacja ta została skrytykowana przez rynek ubezpieczeniowy bo różnica w wysokościach składek (wyższe dla mężczyzn) ma mocne podstawy w danych aktuarialnych. Zakaz ich uwzględniania spowodował w konsekwencji wzrost składek ubezpieczeniowych OC i ubezpieczeń na życie dla kobiet nawet o 190% 
Przeciwdziałanie przemocy
Za przemoc (agresję) libertarianizm uznaje wszelkie formy przekroczenia wolności i godności drugiego człowieka a więc: kradzież, morderstwo, gwałt, oszustwo itd. Żeby się bronić ofiara musi po pierwsze mieć prawo do obrony (w Polsce przepisy są niejasne, bywa że ofiara jest ciągana po sądach za "przekroczenie obrony koniecznej", tylko dlatego że się broniła). Po drugie trzeba mieć się czym bronić. Dostęp do broni, zwłaszcza palnej, wzbudza niepotrzebne kontrowersje, wszak tam gdzie dostęp jest łatwiejszy przestępczość jest mniejsza a bezpieczeństwo większe. Wg szacunków BATF z roku 2000 samo posiadanie przez potencjalne ofiary broni pozwalało na uniknięcie 550 gwałtów, 1100 morderstw i 5200 innych przestępstw dziennie. Z reguły wystarczało samo pokazanie broni. W zaledwie 0,9% przypadków broń została użyta. (National Crime Victimization Survey, 2000 Buerau of Justice Statistics, BATF estimates on handgun supply.)

Na potrzeby tematu pozwolę przytoczyć kilka faktów przygotowanych przez Ruch Obywatelski Miłośników Broni:
  • W przypadku gdy kobieta broni się przed gwałtem przy użyciu noża lub broni palnej odsetek "zakończonych" gwałtów wynosi 3%. W przypadku gdy kobieta jest nieuzbrojona gwałciciele osiągają swój cel w 32% przypadków. (źródło: Law Enforcement Assistance Administration, Rape victimization in 26 American cities. US Department of Justice 1979)
  • W roku 1966 w odpowiedzi na falę napaści seksualnych miasto Orlando wprowadziło kursy posługiwania się bronią palną dla kobiet. W przeciągu roku liczba gwałtów spadła tam o 90%
  • W czasie gdy Australia i Wielka Brytania wprowadzały u siebie bardziej restrykcyjne zasady posiadania broni, liczba broni w amerykańskich domach rosła. W rezultacie w przeciągu 8 lat (od roku 1995 do roku 2003) liczba gwałtów: w Australii wzrosła o 26,5%, w Wielkiej Brytanii wzrosła o 59,8%, w USA zmalała o 13,5%
Więcej przykładów pozytywnych skutków dostępu do broni (nie tylko przy zwalczaniu gwałtów) można odnaleźć na stronie: http://www.romb.org.pl/index.php?id=147

W kwestii zwalczania przemocy domowej trzeba powiedzieć jasno że państwo zawodzi na całej linii. Zawiłe prawo, źle funkcjonujące instytucje państwowe takie jak: sąd rodzinny, opieka społeczna, RODK, niejasna procedura zakładania niebieskiej karty itd. powodują chaos na nieopisaną skalę. Ofiary przemocy często w ogóle nie zgłaszają się po pomoc z przyczyn psychologicznych (jak np. syndrom ofiary, syndrom sztokholmski, zespół współuzależnienia itd.), czasem same lądują w więzieniach kiedy zaczynają się bronić. W dodatku fałszywe oskarżenia o stosowanie przemocy bywają wykorzystywane jako karta przetargowa przy sprawach rozwodowych. Jest to oczywiście dobry zarobek dla państwowych instytucji jak i dla prawników, więc póki państwo mocno ingeruje w życie człowieka za wiele się nie zmieni.
Tymczasem w "wolnym społeczeństwie" po pierwsze prawo byłoby proste i zrozumiałe dla każdego, po drugie ludzie mogliby zawierać dobrowolne umowy na jasnych zasadach. To samo tyczy się formalizowania związku, prosta umowa określająca jak para zarządza swoim majątkiem, co jest dopuszczalne a co nie (np. zerwaniem umowy skutkowałaby zdrada, lub np. alkoholizm partnera), kto i w jakim stopniu zajmie się dziećmi w przypadku rozstania itd. Po trzecie rozpoczęcie "nowej drogi życia" byłoby na pewno łatwiejsze gdyby sytuacja gospodarcza kraju była o wiele lepsza, a do tego potrzeba wolnego rynku, a nie państwowego interwencjonizmu.
Istotna jest także kwestia niskiej wiedzy w społeczeństwie na temat psychologi, komunikacji interpersonalnej, asertywności, obrony przed manipulacją itd. a tu już pokutuje system państwowej edukacji, które te sprawy w dużym stopniu zwyczajnie omija.

Wolny rynek
Dość często lewicowe feministki, podkreślają że wolny rynek jest systemem bardziej dla mężczyzn, i że państwo musi "wyrównać" różnice między kobietą i mężczyzną w ramach "równości", "sprawiedliwości społecznej" i tym podobnych górnolotnych określeń. Tymczasem nawet dzisiaj pomimo dużej biurokracji i wysokich kosztów prowadzenia działalności gospodarczej w Polsce według danych Eurostatu około 35% przedsiębiorców stanowią kobiety, co daje nam 6 miejsce w UE.

Ciekawostką historyczną jest też przypadek średniowiecznej Brugii. Na przełomie XIII i XIV gdzie w niemal całej Europie panował feudalizm i patriarchat w niderlandzkiej Brugii występowały pierwsze formy wolnego rynku, a więc funkcjonował prywatny biznes, handel, banki, kantory etc. Co ciekawe w społeczeństwie nad wyraz dobrze radziły sobie kobiety. Zjawisko to widoczne było zwłaszcza na targowiskach: w 1304 roku kobiety wynajmowały 55 z 60 straganów na jednym z głównych targowisk miasta (w tak zwanej Hali Serowej). Podobnie spośród 93 kramów wielkopostnych w latach 1305-1306 aż 83 należały do płci pięknej. Mieszkanki miasta bardzo dobrze radziły sobie w bankowości, prowadzeniu sklepów, kantorów czy lombardów.

Więcej na temat średniowiecznej Brugii możemy poczytać w niniejszym artykule:
http://ciekawostkihistoryczne.pl/2011/10/08/sredniowieczne-miasto-kobiet-feministki-w-xiv-wiecznej-brugii/
oraz w książce Jamesa M. Murraya pt. "Brugia. Kolebka kapitalizmu 1280-1390"

Kwestia nierównych płac
„Kobiety zarabiają mniej od mężczyzn, za dokładnie tę samą pracę” - częsty zarzut dla pracodawców, chyba każdy go słyszał. Jednak każdy człowiek mający chociażby błahe pojęcie o ekonomii od razu wychwyci oczywisty błąd. Skoro pracodawca może płacić kobiecie mniej "za dokładnie tę samą pracę" niż musiałaby płacić mężczyźnie, czy zatrudnianie kobiet nie byłoby znacznie bardziej opłacalne? Tymczasem jednak przedsiębiorcy chętniej zatrudniają mężczyzn. Coś tu jest nie tak. Błąd tkwi w wyrażeniu "za dokładnie tę samą pracę". Taka sytuacja na rynku jest zwyczajnie niemożliwa. Płaca zależy od produktywności pracownika oraz popytu na pracę (ze strony pracodawców) i faktycznej podaży siły roboczej (chętnych do podjęcia pracy). Tak więc gdyby kobiety godziły się na niższą płacę "za dokładnie tę samą pracę" mężczyźni byliby zmuszeni obniżyć wymagania co do płac, inaczej pracodawcy zatrudnialiby same kobiety. Problem leży w różnicach produktywności między mężczyzną a kobietą. I tak jak modelka zarabia nawet o 150% więcej niż model, a do NBA chętniej biorą czarnych niż białych (proporcje około 95% do 5%) tak w wielu branżach mężczyźni są po prostu bardziej produktywni od kobiet, stąd statystyki wypadają na niekorzyść kobiet. Z czego to wynika (różnice w sile fizycznej, kwestie psychologiczne) i jak duże są to różnice wynika ze specyfiki branży, stąd wielkość w różnicy płacy jest różnorodna. Do tego wszystkiego dochodzą potencjalne koszty dla pracodawcy związane z urlopami macierzyńskimi etc.
Lewica widzi tu jednak rozwiązanie: skoro nie ma równości biologicznej pomiędzy jedną płcią i drugą państwo powinno te nierówności "wyrównać". W praktyce prowadzi to jednak do pogorszenia sytuacji. Nie jest możliwe coś takiego jak rządowe "wyrównanie" płac. Przedsiębiorca zmuszony do płacenia powyżej płacy rynkowej zmniejsza zatrudnienie, podwyższa ceny swoich produktów lub też ogranicza środki na dalszy rozwój firmy (przenosi je do funduszu płac). Innymi słowy państwowe "wyrównywanie" płac może jedynie przynieść większe bezrobocie wśród kobiet oraz spadek płac realnych (wyższe ceny na rynku, konieczność podjęcia mniej płatnej pracy, wolniejszy rozwój gospodarki). Tymczasem na wolnym rynku, gdzie państwo nie zabierałoby niemal 70% dochodów (po uwzględnieniu wszystkich pośrednich i bezpośrednich podatków) płace byłyby znacznie wyższe, a ponieważ produktywność pracownika rośnie wraz z rozwojem gospodarczym, także kobiety zarabiałyby coraz więcej. Zauważmy że kobiety mieszkające w bogatszych krajach zarabiają więcej od mężczyzn mieszkających w krajach biedniejszych. Rozwój gospodarki i technologi zmniejsza również różnice między mężczyzną i kobietą na rynku pracy, więc sytuacja w warunkach gospodarki rynkowej stale się poprawia. To właśnie tą drogą warto pójść.

Libertarianizm vs feminizm

Jak widać libertarianizm przez swój wolnościowy wydźwięk pokrywa się w pewnym sensie z ideą emancypacji kobiet. Jednak staje na bakier z feminizmem, kiedy ten drugi nurt zaczyna popierać drogę pogłębiającego się interwencjonizmu państwowego. Sam feminizm jest złożonym terminem, istnieje wiele jego nurtów. Dziś nie każdy wie, że tzw. feminizm pierwszej fali miał charakter liberalny (zorientowany głównie wokół tzw. sufrażystek na przełomie XIX i XX wieku) i jedną z ważniejszych osób wspierających ten kierunek przemian był William Llyod Garrison, abolicjonista, libertarianin, dziennikarz, działacz społeczny, wydawca wolnościowej gazety "The Liberator". W późniejszych latach feminizm zaczął dzielić się na różne nurty, często łącząc się z socjalizmem i interwencjonizmem.

Współcześnie feminizm opiewa głównie wokół interwencjonizmu, socjaldemokracji itp., funkcjonują również nurty bardzo radykalne (tzw. radykalny feminizm). Jednak istnieje także stosunkowo mało znany feminizm indywidualistyczny, nawiązujący do feminizmu pierwszej fali oraz do libertarianizmu. Nurt ten został zapoczątkowany w 1973 r. przez Theodorę Nathan, ówczesną wiceprzewodniczącą amerykańskiej Partii Libertariańskiej. Stoi on w opozycji do feminizmu socjalistycznego jak i radykalnego. Przedstawiciele tego kierunku postulują przeprowadzenie takich zmian w prawie, które wyeliminowałyby przywileje zależne od klasy i płci, oraz by zapewnić każdej indywidualnej osobie równe prawa, w tym równe prawa do decydowania o sobie i do prywatnej własności. Feministki indywidualistyczne zachęcają kobiety do wzięcia całkowitej odpowiedzialności za swoje życie. To wiąże się także ze sprzeciwem wobec jakiekolwiek państwowej ingerencji w to, co dorośli ludzie robią ze swoimi ciałami, czy w stosunki międzyludzkie (np. wszelkimi zakazami związanymi z antykoncepcją, aborcją czy sprawami małżeńskimi). Uważają, że narzucane przez państwo przepisy mające rzekomo wprowadzać równość płci, tak naprawdę powodują nasilanie się zjawiska seksizmu. Według indywidualistycznych feministek jedną z właściwych metod walki z kulturą patriarchalną jest rozwój świadomości (szczególnie u kobiet). Obecnie najbardziej znaną przedstawicielką nurtu jest kanadyjska dziennikarka Wendy McElroy.

Polecam do poczytania tekst jej autorstwa (przetłumaczony na język polski):
http://liberalis.pl/2007/12/22/wendy-mcelroy-indywidualizm-nowe-spojrzenie-na-feminizm/

4 komentarze:

  1. Bardzo ciekawy post ! Pozdrawiam serdecznie !

    OdpowiedzUsuń
  2. Ciekawy blog! Zaprasza na swojego http://apoteoza-zmarnowanego-czasu.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń