Social Icons

wtorek, 31 stycznia 2017

Koncepcja Europy Tysiąca Liechtensteinów

"Tysiąc Liechtensteinów" to wizja organizacji życia politycznego i społecznego przedstawiania przez Hansa Hermana Hoppe'go, niemieckiego libertarianina, anarchokonserwatysty, anarchokapitalisty, filozofa i ekonomisty Austriackiej Szkoły Ekonomii. Według Hoppe'go w celu odwrócenia procesu centralizacji zmierzającego do utworzenia jednego, globalnego rządu należy promować alternatywne możliwości. Twierdzi, iż musimy popularyzować ideę decentralizacji, czyli ideę świata składającego się z dziesiątek tysięcy różnych dzielnic czy regionów oraz setek tysięcy niepodległych miast. W dzisiejszych czasach ta formuła realizowana jest w takich miejscach jak: Monako, Andora, San Marino, Liechtenstein, Hongkong czy Singapur. Według Hoppego decentralizacja znacznie zwiększy motywację do migracji, co doprowadzi do świata złożonego z małych, liberalnych rządów połączonych ze sobą przez handel i wspólna walutę taką jak złoto.

Dla Hoppe'go tzw. anarchokapitalizm w praktyce to właśnie taki "Tysiąc Liechtensteinów", czyli wiele rozmaitych enklaw wolności, swego rodzaju "miast-państw", małych niezależnych regionów z własnymi systemami prawnymi itd.



Monarchia, demokracja, anarchia - co najbardziej służy wolności?

Hans Herman Hoppe w swojej słynnej książce pt. "Demokracja. Bóg, który zawiódł" przedstawił myśl, którą można przedstawić w skrócie tak: anarchokapitalizm > monarchia > demokracja. Czyli według autora odejście od monarchii na rzecz demokracji, które nastąpiło głównie po I wojnie światowej nie było krokiem ku wolności, a wręcz przeciwnie, to rozwój demokratycznego republikanizmu niejako narzuconego Europie przez Stany Zjednoczone zaowocował poszerzającym się socjalizmem i licznymi problemami gospodarczymi, społecznymi i kulturowymi. Pod wieloma względami monarchia jest lepszym systemem od demokracji, jednak jeszcze lepszy byłby ład naturalny (anarchokapitalizm). Skupmy się jednak wpierw nad argumentami Hoppe’go dotyczącymi wyższości monarchii nad demokracją.

Zacznijmy od tego, że monarcha (król) jest właścicielem swojego królestwa i całego majątku rządu. Monarchia to swego rodzaju prywatny rząd, a demokracja to rząd publiczny.

Żeby zrozumieć wyższość monarchii nad demokracją trzeba najpierw zrozumieć pojęcie preferencji czasowej. Jest to termin ekonomiczny, określający miarę tego, w jakim stopniu aktualna satysfakcja jest bardziej pożądana od takiej samej satysfakcji w przyszłości. Im wyższa preferencja czasowa, tym większa chęć natychmiastowej konsumpcji. Niższa preferencja czasowa, oznacza z kolei, gotowość do powstrzymania się od konsumpcji bieżących dóbr na rzecz wyższej konsumpcji w przyszłości.

Władca monarchiczny (król, książę, cesarz itp.) - jako że jest właścicielem królestwa/księstwa/cesarstwa oraz całego majątku rządu jak i sprawuje swoją władzę domyślnie dożywotnio i przekazuje następnie majątek swojemu spadkobiercy ma mniejszą preferencję czasową niż władca demokratyczny. Zachowuje się niczym właściciel prywatnej firmy. Musi dbać o bogactwo swojego królestwa, jako że od tego zależy jego prywatny zysk. Dlatego też ma dużą motywację do poszanowania wolności i własności prywatnej swoich poddanych, zwalczania przestępstw zwłaszcza dotyczących naruszenia życia, zdrowia i mienia obywateli a także do mądrych, przemyślanych rządów. Ma również motywację do zachowania dalekowzroczności, powstrzymuje się więc przed zadłużaniem królestwa, nadmiernymi wydatkami, jak i nadmiernym opodatkowaniem poddanych, co obniżyło by ich produktywność pracy, a co za tym idzie rozwój gospodarczy.

Władca demokratyczny (premier, prezydent, kanclerz itp.) - jest właścicielem bieżącego korzystania z zasobów rządu, a nie ich wartości kapitałowej. W dodatku władzę sprawuje tymczasowo, do czasu aż zostawi ją swoim następcom. Nawet gdyby chciał postępować inaczej, nie może tego uczynić, ponieważ zasoby rządu, jako własność publiczna, nie mogą być sprzedane, a bez cen rynkowych kalkulacja ekonomiczna jest niemożliwa. W związku z tym należy oczekiwać, że nieuchronnym rezultatem publicznej własności rządu będzie stała konsumpcja kapitału. Prezydent czy premier (tymczasowy opiekun rządu albo jego powiernik) w przeciwieństwie do króla nie będzie dążył do utrzymania lub powiększenia majątku rządowego, lecz będzie się starał zużyć go jak najszybciej i jak najwięcej, ponieważ tego, czego nie skonsumuje teraz, nie będzie mógł skonsumować już nigdy. Władca demokratyczny (w odróżnieniu od króla) nie ma interesu w tym, żeby nie doprowadzić swojego kraju do ruiny. Dlaczego miałby się powstrzymywać od zwiększania konfiskat, jeśli z owoców polityki umiaru - zwiększenia wartości kapitału należącego do majątku rządu, nie może skorzystać osobiście, podczas gdy na polityce będącej przeciwieństwem polityki umiaru, a więc na podwyższaniu podatków i zwiększaniu bieżących dochodów może skorzystać? Dla prezydenta/premiera, inaczej niż dla króla, umiar nie ma żadnych zalet. Ekipa obejmująca władzę odziedzicza zadłużony kraj i rozdętym sektorem publicznym i podlegając tym samym bodźcom ekonomicznym kontynuuje zazwyczaj politykę dalszego zwiększania wydatków rządowych i podatków.

To wszystko wyjaśnia dlaczego w monarchiach podatki zawsze były bardzo niskie, rządy przemyślane, biurokracja niewielka a prawo chroniło własność prywatną. W czasach monarchii władza publiczna nie zabierała więcej niż 5 do 8% dochodu narodowego. Do samego wybuchu I wojny światowej wydatki państwa stanowiły zazwyczaj nie więcej niż 10% PKB. W latach 20-tych i 30-tych XX wieku, wzrosły w większości państw do 20-30%, a w połowie lat 70-tych 50% PKB. Aż do końca XIX wieku liczba osób zatrudnionych w rządzie nie przekraczała 3% siły roboczej. Ministrowie królewscy i parlamentarzyści na ogół nie otrzymywali pensji z publicznych funduszy, lecz utrzymywali się z własnych dochodów. W latach 70-tych zatrudnienie w sektorze publicznym wzrosło już do 15%.

W czasach monarchii wojny były krótkie, praktycznie jednodniowe potyczki pomiędzy wojskami jednego i drugiego króla. A wiele wojen udało się uniknąć przez porozumienie między władcami czy np. mariaż królewski. W czasach demokratycznych, gdzie władcy nie ponoszą osobistych kosztów wojny nie ma już tak lekko, czego wyjątkowy krwawym przykładem była II wojna światowa, jak i wiele innych konfliktów zbrojnych XX wieku.

Mankamentem monarchii pozostaje jednak monopol władzy, która wciąż może jej nadużywać do pewnego stopnia. Jednak monarchia patrymonialna (gdzie król jest władcą wszystkich ziem) czy monarchia absolutna (gdzie w rękach monarchy spoczywa zarówno władza sądownicza, ustawodawcza i wykonawcza) to niejedyne formy monarchii. W monarchii konstytucyjnej król posiadana jedynie władzę ustawodawczą, która w dodatku jest ograniczona przepisami konstytucji. W monarchii parlamentarnej władza króla jest ograniczona przez parlament.

Jeszcze lepiej jeśli w parze z monarchią idzie decentralizacja, gdzie król posiada tylko część ziemi (tzw. królewszczyznę) i ma czysto symboliczną władzę jako strażnik prawa i reprezentacyjny przywódca kraju, a królestwo jest podzielone na wiele niezależnych księstw, wolnych miast, hrabstw itd. Taki system jest dosyć podobny do anarchokapitalizmu, gdzie nie ma silnie scentralizowanej władzy, a każdy region stanowi czyjąś własność prywatną.


Rozbicie dzielnicowe w epoce średniowiecza - czyli Tysiąc Liechtensteinów w praktyce

Jakkolwiek dziś koncepcja Tysiąca Liechtensteinów wydawać by się mogła dziwna i nierealna, tak taki system naprawdę istniał i miał się bardzo dobrze przez całe stulecia. A w zasadzie był to wręcz milion Liechtensteinów. 

Rozdrobnienie feudalne, zwane również rozbiciem dzielnicowym to okres występujący niemal w całej Europie (i miejscami w Azji), mniej więcej w okresie od X do XV w., a gdzieniegdzie nawet dłużej, Niemcy np. pozostawały zdecentralizowane do samego zjednoczenia przez Bismarca w 1870 r. Polegał on na rozpadzie państwa na mniejsze niezależne księstwa, hrabstwa etc.

Proces rozdrobnienia feudalnego nastąpił na skutek rozpadu monarchii patrymonialnej (a więc ustroju w którym monarcha jest prywatnym właścicielem państwa, wszystkich ziem, zasobów itd.), czyli systemu charakterystycznego dla okresu wczesnego średniowiecza. I tak np. w Polsce proces rozbicia dzielnicowego zaczął się kiedy Bolesław Krzywousty podzielił kraj pomiędzy czterech synów.

Jak już pisałem w tekście na temat popularnych mitów na temat średniowiecza, okres rozkwitu średniowiecza wbrew powszechnej opinii był bardzo dobrym okresem dla rozwoju gospodarczego i podnoszenia warunków życia. To wtedy nauczona się wykuwać stal, używać ugoru jako pastwiska, wynaleziono trójpolówkę, wielki piec, kołowrotek, młyn wodny, okulary, powstały również pierwsze uniwersytety. Natomiast pańszczyzna czy dziesięcina to był maleńki pikuś w porównaniu z dzisiejszymi podatkami.

W dodatku obowiązują zasada „wasal mojego wasala nie jest moim wasalem” (rycerz był zwierzchnikiem chłopa, książę był zwierzchnikiem rycerza, ale już nie był zwierzchnikiem chłopa) sprawiała że nawet zwykły chłop był praktycznie niezależny od samego króla. Chłop mógł się również wyprowadzić do miasta, gdzie mieszkając co najmniej rok i jeden dzień zgodnie z zasadą "miejskie powietrze czyni wolnym" stawał się wolnym człowiekiem (mieszczaninem). 

Wówczas miasta powstawały za zgodą króla, ale same funkcjonowały jako niezależne i samorządne twory, stanowiące własność prywatną. Każde z nich miało innego właściciela (którymi byli książęta, mieszczanie, rycerstwo, szlachta lub duchowieństwo w zależności od kraju i epoki) i odrębny system prawny. Działy one jako samorządne organizmy, zazwyczaj nie posiadały nawet własnych budżetów, a przynajmniej się nie zadłużały. Wszelkie budynki, katedry, uniwersytety zostały wzniesione za pieniądze samych mieszczan lub z kieszeni księcia, hrabiego, czasem duchownych. W ten sposób powstały także w Polsce tak piękne miasta jak Kraków, Wrocław czy Poznań. Dziś może się to wydawać niepojęte, ale chociażby Kościół Mariacki w Krakowie został zbudowany niemal w całości za pieniądze ze składek zwykłych ludzi, Rada Miejska dała pieniądze jedynie na sam Ołtarz Wita Stwosza.

W miastach rozwijała się działalność rzemieślnicza, a także handel, z tego względu wyłoniła się klasa kupiecka. Rzemieślnicy zaczęli się zbierać w stowarzyszenia zwane cechami lub gildiami. Były to organizacje samopomocy, działające niczym prywatne firmy ubezpieczeniowe, pomagające każdemu członkowi w razie kłopotów. Charakterystyczną cechą tego okresu historycznego były również prywatne mennice, a więc mieliśmy prywatną produkcję pieniądza. Swoje mennice posiadały miasta, biskupi, książęta, banki, a nawet osoby prywatne. Konkurencyjność walut przekładała się na stabilność waluty. 

I to właśnie wraz z upadkiem średniowiecza i coraz większą centralizacją władzy (monarcha feudalna z czasem przeszła w monarchię stanową a następnie w monarchię absolutną) nastąpiło widoczne pogorszenie losu chłopów a nawet mieszczan. Nastąpiło również stopniowe podnoszenie podatków, psucie pieniądza i protekcjonizm handlowy (tzw. merkantylizm) co negatywnie wpływało na rozwój gospodarczy w erach nowożytnych. Zmianę na lepsze przyniosła dopiero rewolucja przemysłowa i coraz popularniejsze idee wolności gospodarczej na przełomie XVIII i XIX wieku.


Wolne społeczeństwo i drogi do jego osiągnięcia

Ok, więc zakładając że taka koncepcja "Tysiąca Liechtensteinów" to bardzo dobry model "wolnego społeczeństwa" spełniający podstawowe założenia libertarianizmu, zastanówmy się jak mogłoby to funkcjonować w XXI wieku. 

Przede wszystkim po odejściu od takich wynalazków jak "własność publiczna" każdy teren (miasto, dzielnica, osiedle) stanowiłby własność prywatną. W współczesnych czasach nie musimy się już bawić w jakieś szlacheckie czy królewskie tytuły, po prostu byliby to prywatni właściciele terenów, swego rodzaju przedsiębiorcy. W dodatku teren nie koniecznie musiałby mieć jednego właściciela, równie dobrze mogłaby to być spółka zarządzana przez wiele osób, a jej akcje mogliby posiadać sami mieszkańcy i prywatni inwestorzy. 

Tak czy inaczej właściciel każdego z takich terenów miałby motywację do zapewnienia bezpieczeństwa mieszkającym tam ludziom, bo od tego zależałoby ile osób jest w stanie się tam osiedlić, wynająć mieszkanie, założyć firmę itd. No i sama wartość gruntów, byłby tym większa im bezpieczniej tam by się żyło. Od tego wszystkiego zależałby jego prywatny zysk. Miałby również motywację do poszanowanie ich własności prywatnej co podnosi produktywność pracy i rozwój gospodarczy regionu (tylko własność prywatna środków produkcji i system cen rynkowych umożliwiają dokonywanie kalkulacji ekonomicznej, poza tym tylko człowiek pewny zachowania swojej własności ma motywację do pracy, inwestycji i przedsiębiorczego działania). Zamiast nakładać przymusowe podatki pobierałby coś w rodzaju niezbyt wygórowanej opłaty gruntowej. 

W celu zapewnienia bezpieczeństwa organizowałby siły policyjne/ochroniarskie potrzebne do patrolowania ulic, tak jak w czasach monarchii funkcjonowali strażnicy miejscy, królewscy itp. W celu ochrony przed napadami z zewnątrz musiałby zorganizować coś na kształt armii, obrony terytorialnej (i zawierać sojusze militarne z innymi właścicielami terenów na wypadek większego konfliktu zbrojnego).

Musiałby też stworzyć odpowiedni kodeks prawny i system sądownictwa (lub zostawić to innym podmiotom obeznanym w tym temacie) dobrze chroniącym tak podstawowe wartości jak życie, wolność i własność człowieka. Dbałby również o to żeby obywatele sami mogli dbać o swoje bezpieczeństwo (żeby odciążać swój budżet). Mieliby więc oni prawo do obrony własnej i swojego majątku i w miarę rozsądne prawo do posiadania broni (czyli broń tylko dla praworządnych i zdrowych psychicznie obywateli). Do tego dopuszczony zostałby w dużej mierze sektor prywatny poza działalnością właściciela terenu, a więc np. różne prywatne agencje ochroniarskie czy detektywistyczne. Zamiast "monopolu na przemoc" czyli jednego scentralizowano rządu mielibyśmy wiele konkurujących ze sobą regionów. Z małego regionu o wiele łatwiej się wyprowadzić niż z dużego państwa, więc konkurencja wymuszałaby na właścicielach terenu dbanie o jego obywateli.


Jak można by dojść do takiego porządku? Poza wymiarem teoretycznym (promowaniu idei) kłania się również wymiar praktyczny. Jest nim tworzenie tzw. mikronacji takich jak Liberland, mikro-państwo leżące między Serbią a Chorwacją proklamowane przez czeskiego libertarianina Víta Jedličkę 13 kwietnia 2015 r., które ma być przyszłą oazą wolności. Nie jest to jedyny taki projekt. W 2016 r. w Norwegii pojawiły się plany wydzielenia prywatnego miasta Liberstand. W USA działa libertariański ruch Free State Project w ramach, którego ma zostać wydzielony "wolny stan", padło na stan New Hampshire, który już dziś jest mocno liberalny. W Minnesocie funkcjonuje prywatne miasto North Oaks, w którym wszystkie drogi i inne elementy infrastruktury są własnością samych mieszkańców w ramach działania North Oaks Home Owners Association (Stowarzyszenie Właścicieli Domów w North Oaks). Amerykański miliarder i libertarianin Doug Casey wydzielił specjalną wolnościową prowincję w Argentynie, chociaż to rozwiązanie kompromisowe, można tam mieszkać przez 6 miesięcy w roku, mając status rezydenta. Dużym i ambitnym planem jest chęć stworzenia tzw. pływających miast wolności przez miliardera i libertarianina z Doliny Krzemowej Petera Thiela. Co może wyniknąć z takich projektów, czas pokaże.

Niezwykłym przykładem udanego projektu własnej mikronacji jest z kolei Sealand, mikro-państwo założone w latach 70-tych na dawnej platformie przeciwlotniczej na wodach Morza Północnego w okolicach Wielkiej Brytanii przez Roya Batesa, które istniało do 2008 r. Posiadało własny herb, flagę, hymn, znaczki pocztowe i radio. W 2007 r. zostało prawie kupione przez szwedzkie The Pirate Bay za 750 mln euro ale Bates ostatecznie odrzucił ofertę "piratów". 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz